Zabierzcie swoje dzieci, przecież tu giną!

 
  • Тарас Зозулінський

Czy przedszkola, szkoły, centra handlowe i parki to obiekty wojskowe? Zbombardowano Ekopark, zabito zwierzęta! Powstrzymajcie „dzikie zwierzę” w sobie! – wzywa Rosjan Kateryna Rindycz z Charkowa. Po bombardowaniach miasta razem z córkami i małymi wnukami musiała uciekać do Lwowa. Historia pani Kateryny – to trzecia relacja z cyklu „Głosy Wojny”.

Mam 65 lat, jestem emerytką. Do Lwowa przyjechałam z Charkowa. Urodziłam się w obwodzie sumskim – przy granicy ukraińsko-rosyjskiej. Kiedyś Rosjanie chodzili do nas do szkoły, a teraz strzelają…
W 1976 roku zaczęłam studia w Charkowie, a potem skierowano mnie do pracy w mieście Gorki. Po jakimś czasie wróciłam do Charkowa, wyszłam za mąż i już tu zostałam. Pracowałam na budowie, a kiedy urodziły się dzieci, zatrudniłam się w przedszkolu. Potem pracowałam w fabryce, jeszcze później w handlu, a ostatnio jako kasjerka. Teraz jestem na emeryturze. Czasem sobie dorabiam. Lubię wyszywać, więc po pracy robię hafty koralikowe. Mam niedużą daczę, ale znajduje się niedaleko granicy z Rosją i teraz mieszkają tam okupanci.

Co Pani robiła w pierwszym dniu wojny?

Jeszcze 23 lutego spacerowaliśmy w Parku Gorkiego i nie myśleliśmy o żadnym zagrożeniu. Spokojnie położyliśmy się spać, a rano obudziły nas wybuchy i telefony. W ogóle się nie spodziewałam, że może być wojna. Zaczęła się panika: co, gdzie, do kogo dzwonić? Zadzwoniła córka i mówi: Mamo, my idziemy do schronu. Zbieraj się, pójdziesz z nami”. Ale ja postanowiłam zostać w domu.

Czy była Pani świadkiem zbrodni przeciwko ludności cywilnej?

Na początku najmocniej bombardowali północną Sałtiwkę [dzielnica Charkowa – tłum.]. Ja też mieszkam na Sałtiwce, ale w starej części. Nocą coś świszczało, latało. Rano wyszłam i widzę potłuczone okna, sklep zniszczony od wybuchu. Coś się paliło przy ulicy Blüchera, unosił się tam czarny dym i całe osiedle było w dymie… Wybiegałam z domu, żeby zrobić dzieciom zakupy do schronu. Już niewiele tam było w sklepach: jakieś konserwy, pierniki. Codziennie strzelali, ciągle coś się paliło. Na naszym osiedlu pocisk spadł na ulicy Garibaldiego przed szkołą, do której chodzi mój wnuk. Dzięki Bogu, najpierw eksplodował na drodze, ale potem jednak trafił w szkołę.

Za moim blokiem wybuchł pocisk. Zadzwoniłam, powiedzieli, że zginęło pięć osób, w tym kobieta w ciąży.

Starsza córka miała trzypokojowe mieszkanie na Północnej Sałtiwce. Trafiła tam rakieta, nie wiem, co z mieszkaniem. A młodsza wzięła kredyt przed Nowym Rokiem. W jej mieszkanie też uderzył pocisk.

Jak wyglądały kolejne dni? Jak Pani wyjechała z miasta?

Dzieci kilka dni spędziły w schronie. Potem córka zadzwoniła i powiedziała: „Mamo, wyjedziemy z miasta”. Bardzo się bali. Mam dwie pięcioletnie wnuczki i wnuka – 8 lat. Wnuk, Archip, kiedy wyje syrena, zatyka uszy i wpada w panikę. Postanowili wyjechać, a ja z nimi. Rano złapałam okazję i dojechałam do nich do schronu. To było 5 marca. Ze schronu zięciowie odwieźli nas samochodem na dworzec. Tam czekaliśmy bardzo długo, bo dużo ludzi opuszczało miasto. Do tego pogoda była okropna: torby leżały na śniegu, na nich siedziały okryte kocami dzieciaki. Chyba z pięć godzin tak siedzieliśmy na peronie. Przelatywały nad nami samoloty, a my nie wiedzieliśmy, czy to nasze, czy nie. Byliśmy przerażeni.

Czy chciałaby Pani coś powiedzieć Rosjanom?

Zawsze miałam do nich dobry stosunek. Ale to, co zrobili z naszym krajem, jest nie do zniesienia…. Zabierzcie swoje dzieci, przecież tu giną! Nasze umierają, i wasze umierają! A wszystko przez tego waszego debila Putina. Naprawdę nie żal wam swoich dzieci i wnuków? Zabijacie dzieci, niewinnych ludzi! Czy przedszkola, szkoły, centra handlowe i parki to obiekty wojskowe? W co oni strzelają? Zbombardowano Ekopark, zabito zwierzęta! Powstrzymajcie „dzikie zwierzę” w sobie! Ile można to znosić?

28.12.2023